New life
W tym tygodniu nie znalazłam w sobie chęci do pisania, więc uznałam, że nie muszę. Skoro to coś dla mnie, to powinnam to robić wtedy gdy chce. Gdy chce, ale nie mam siły, warto się trochę zmusić i znaleźć czas, ale przez większą część tygodnia musiałam zaopiekować się swoimi emocjami. Dalej nie umiem odpoczywać i odbiło się to mocno na mnie i mojej rodzinie, aż dwukrotnie w tym tygodniu. W efekcie, postanowiłam spróbować czegoś co robi @sprytnapanidomu i zorganizować sobie swój czas codziennie rano. Jest to 10-20 minut na prysznic, umycie buzi, małą kawę, spokojne ubranie się, umiłowanie etc. Najczęściej robię nie wszystko, a jakąś kombinacje powyższych, bo np. jeśli mam zaplanowany trening na ten dzień, nie widzę sensu w prysznicu, skoro będę musiała go powtórzyć za trzy godziny. Mogę być chwilę mikro śmierdzielem ;p Póki co, jestem w fazie testów tego pomysłu, więc będę dawać znać jak się to sprawdza u mnie.
Wracając do gorszego humoru, a właściwie małej wanny rozpaczy, w którą wpadłam dwa razy w ciągu kilku dni, po rozmowie z moją przyjaciółką wpadłam wspólnie z jak nią na pomysł, że może potrzebuje jakieś innej odpowiedzialności w życiu. Bo gdy chce danego dnia zrobić trening, obiad, posprzątać trochę kuchnie i oczywiście opiekować się Kluską, to już na wstępie dnia czuję sie przestymulowana obowiązkami, które muszę zrobić. Nagle wszystko jest obowiązkiem. Mogłabym olać trening, kuchnie mógłby umyć Dan, moglibyśmy zamówić obiad i przeleżeć większość dnia na macie z Mychą. Ale nie. Nie. Niez ponieważ, mam ZAPLANOWANE to, to i tamto. Więc wszystko staje się obowiązkiem, rzeczą, która muszę zrobic, której brak, będzie o mnie świadczył źle, której nie mogę odpuścić. Więc po pierwsze, próbuje odpuścić. Próbuje, codziennie, może te poranne minuty dla siebie pomogą. A po drugie, może łatwiej by mi było nie traktować Mychy jak obowiązek gdybym mogła się później przy czymś zresetować. Nie zrozumcie mnie źle, gram, czytam, ćwiczę, to są moje rzeczy. Ale chyba chciałabym mieć coś namacalnego. Bo przecież za Projekt Ida, nikt mnie nie pochwali, bo ona nie jest tylko "moja", sama też staje się osobowością. Ten projekt też się nie skończy, tylko będzie się zmieniał, ale to nie jest do końca coś namacalnego czym "moge się pochwalić". Trochę mogę, ale to nie jest jak certyfikat, napisanie książki, stworzenie aplikacji, bloga etc. Nie jest tylko moim osiągnięciem. Więc pomyślałam że może poszłabym na jakiś kurs? Jakieś studia podyplomowe? I tam rozważam zmiany w moim życiu po końcu tego wylegiwania się jakim jest urlop macierzyński... :P
Może taka nowa rzecz pozwoliłaby mi odpocząć od mojego zwykłego codziennego życia. Fizycznie odpoczywać umiem, nie umiem psychicznie. A może rzucenie się głową w coś nowego, zajmującego, ciekawego, pomogłoby mi na uspokój myśli?
Co wymyśliłam? Kolejność pomysłów alfabetyczna.
Pomysł numer jeden - dietetyka.
Dwa - studia podyplomowe ze wstępu do pedagogiki
Trzy - kurs lub studia podyplomowe z rachunkowości
A pomysł numer cztery - kurs trenera personalnego i fitness.
Na razie robię research. Zbieram dane. Czekam na sugestie. A tymczasem buziaki jak na zdjęciu.
Komentarze
Prześlij komentarz