Intensywnie i spokojnie

Jak było wczoraj? Na pewno bardzo intensywnie. Zaczęło się od tego, że nie przyjechał nam pociąg więc po względnie długim spacerze po peronach, byliśmy zmuszeni skorzystać z dobrodziejstw tramwajowej komunikacji miejskiej. Na szczęście nosidło sprawdza się doskonale i bezpiecznie dojechaliśmy do babci. U babci Dotki, czyli mojej mamy, Malej trudno było zasnąć, trudno było spokojnie zjeść, ale tak naprawdę to były wszystkie minusy. Dusia z przyjemnością dawała się nosić, była zachwycona Babcią, Wujo-Dziadziem, nowym miejscem (u babci była wcześniej tylko raz), a nawet pogłaskała stopą psa. W pewnym momencie zaczaiła się, i łapkami próbowała chwycić nosek Lulki, ale na szczęście się jej to nie udało. Na szczęście, bo choć Lula to spokojna psina, to jednak Ida wszystko pcha do buziaka, włącznie z moją brodą, dlatego na pewno i psiemu nosowi by się nie oparła, co Luli mogłoby się nie spodobać. 
Oczywiście, że nie było idealnie, albo naprawdę bardzo miło, pomimo naszego rodzicielskiego stresu związanego ze wspomnianymi trudnościami  jedzeniem i spaniem. Ale daliśmy radę, w końcu dzięki śpiewaniu Pomelody i robieniu mostka, Mała zjadła, a potem nawet zasnela. W zasadzie, bardziej adekwatne byliby tu okrelenie "padła". 
Co wspaniałe, dziś nie zbieraliśmy pokłosia wczorajszego obiadu. Myślę, że mogę powiedzieć, że dziś był to dobry dzień, podczas którego dużo śmialiśmy się, wygłupialiśmy, a nawet trochę ćwiczyliśmy. Ida była naprawdę zainteresowana patrzeniem na mnie podczas treningu. Był on dość długi, a przez ponad jego połowę leżała na brzuchu, zadzierając głowę do góry, patrząc na mnie lub ćwicząc swoje dziąsła na okolicznych zabawkach. Próbowała nawet trochę raczkować, ale póki co jej ciało stawia silny opór. Myślę, że to kwestia dni lub tygodni, choć przyznam że z zębami też myślałam, że to jest kwestia dni, i tak myślę sobie w ten sposób już od dwóch miesięcy. Może to myślenie życzeniowe, że już bym chciała żeby to było za nami.
Mamy Idę w naszym życiu niecałe 5 miesięcy - to długo i krótko jednocześnie. Ostatnio coraz częściej staram się sobie przetłumaczyć, żeby cieszyć się tym czasem, niczego nie przyśpieszać i nie przebierać nogami czekając na kolejną umiejętność. Chciałabym zatrzymać bardziej ten czas, cieszyć się i z wdzięcznością przyjmować każdy dzień, każdy uśmiech, a nawet każdy płacz. Bo to są właśnie te ostatnie momenty, kiedy na otarcie mysich łez wystarczą moje ramiona, rymowane piosenki, pierś lub wygłupy. Niedługo to się skończy, nim się obejrzę to się skończy... Już nie będę mogła jej robić pokazów fizycznych, nie będę mogła zaciekawić jej swoimi skokamj - to już tak nie będzie działało.  
Ale, oddchodząc od tych melancholijnych jednak rozmyślań, a wracając do treningów, mam takie przemyślenie, że tabata to jest dobry pomysł, właśnie gdy ćwiczymy gdzieś przed dzieckiem te "pokazy". Tabata charakteryzuje się tym, że mamy krótki czas ćwiczeń, bardzo krótką przerwę i znowu krótki czas ćwiczeń. Między poszczególnymi blokami, jest dłuższa przerwa, ale trwa najczęściej minutę. Dziś wykonałam trening, który składał się z sześciu setów, a każdy z miał dwa ćwiczenia. Ćwiczenia robiło się na przemian po dwa razy wszystko powtarzając znowu dwukrotnie. 20 sekund treningu, później 10 sekund przerwy. Według mnie to bardzo fajny system ponieważ te wspomniane dwadzieścia sekund ćwiczeń to jednocześnie dużo i mało. Jest to na tyle dużo, że jesteś w stanie się zmęczyć, ale na tyle mało, że jesteś w stanie wytrzymać gdy jest ci ciężko. Jednocześnie te pozycje zmieniają się na tyle intensywnie, że dziecko jest cały czas zainteresowane tym co się dzieje. Zanim ono ogarnie, że już widziało co robisz, ty zdążysz przejść do następnego ćwiczenia. Dłuższa przerwa pomiędzy setami wydarza się mniej więcej co 4 minuty, więc gdy trzeba malca obrócić na brzuch, albo dać nową zabawkę, raczej  nie ma z tym problemu. Tak naprawdę nigdy nie jest to problem, bo trening to tylko dodatek przy opiece nad dzieckiem, ale myślę tu o tym w kontekście przerywania treningu. Ja dziś na przykład, maszerując podałam Dusi nową zabawkę, a w innej przerwie kucnęłam i obróciłam Małą na plecy. Ten mały Klusini, był dzisiaj na tyle wyrozumiały, że pozwolił mi się nawet po porozciągać. Prysznic ostatecznie wzięłam samotnie, bo na chorobowym jest dalej tata Dusi. 
Ustalenie z tatą Idy na czas choroby jest takie, że "nie ma go" kilka godzin w ciągu dnia. Leży, odpoczywa, śpi, czyta, coś tam robi, jakieś swoje ważne i mniej ważne rzeczy. Niby jest, bo fizycznie jest w domu, ale ja i Ida radzimy sobie raczej same. Czas ten ma trwać zgodnie z założeniami, od czterech do ośmiu godzin. W zależności od potrzeb Dana, moich, Idy etc. Dzięki temu on może się wychorować, a ja mam jednak awaryjnie w tych godzinach wsparcie (jak awaryjny prysznic ;p) i szybsze wsparcie poza tymi godzinami. No jednak 8 godzin, to mniej niż 9-10, podczas których bylibyśmy same, w normalnych okolicznościach. Poza tym, co jest wspaniałe, jutro mamy szczepienia, więc w domu będzie wsparcie drugiego rodzica. Z kolei w środę, mam wizytę u swojego kołcza (czytaj psychoterapeuty), a więc ten tydzień jest naprawdę trudny i intensywny. W związku z tym, jego obecność w domu, jest po prostu wybawieniem. 
Jest intywsnie, ale z drugiej strony jest fajnie leniwie. Dzisiaj był taki moment popołudniem, gdzie leżeliśmy we trójkę na łóżku, ja śpiewałam "Chłopaki nie płaczą" z wymyślonym tekstem, machając jednocześnie nogami, a Dan machał rękami. Wszystko na przeciwko wielkiego lustra, więc Ida patrząc na nasze odbicia, próbowała trochę nas naśladować. Oczywiście póki co Idzie jej średnio, ale jest w tym naprawdę niesamowita. 
No i najważniejsze -  jest rano, ja wybieram dzisiejsze ubranie dla Idy, a Dan przewija Małą gdy ona mówi nagle "tata". Tak, pierwsze słowo to Akuku, drugie to "tata". Przyznane że mam nadzieję że trzecie to będzie ta moja "mama", ale czuję się już szczęśliwa i wdzieczna. Mam wspaniałe dziecko i tak wspaniałego mężczyznę, który swoją obecnością w życiu naszej córeczki może wywołać tak piękne pierwsze słowa. 

Komentarze