Gramy

Dzisiejszy i wczorajszy trening zaliczony, całkiem dobrze, choć nie obyło się bez przerw. Ale chyba już przywykłam i nauczyłam się cieszyć tym, że w ogóle mogę potrenować. Zawsze gdy Mała płacze, a ja chcę coś zrobić i czuję, że kończy mi się cierpliwość, staram się przypomnieć kto tu ma pierwszeństwo. Mój trening, czy Ida? Moja chęć dokończenia akapitu książki, czy Mała? Zrobienie prania czy Kluś? No szczerze, pójście do ubikacji to chwila, więc jeśli już nie mogłabym wytrzymać, a Ida by płakała bo zęby, to poszłabym, trudno. Nie byłoby to miłe dla żadnej z nas, ale przeżyłybyśmy. Natomiast takie "dodatki" do mojej codzienność, ważne ale nie niezbędne, jak trening czy umycie talerza, mogą poczekać. Nie lubię takiego odkładania rzeczy, lubię coś zacząć i skończyć. Dziś musiałam odłożyć wypełnianie PITu na rzecz spaceru i bardzo mnie to frustrowało. Z drugiej strony PIT mogę wyplenić w środku nocy jak będę miała vibe, a "okienko" na ciepły, słoneczny spacer potrwa tylko kilka godzin. Trochę to może wydawać się mało wychowawcze, że uważam, że Ida ma pierwszeństwo w takich chwilach, ale w sumie komu służyło by "trenowanie" jej? Gdy nie działam na siłę, tylko staram się uszanować jej potrzeby i moje chęci, to większość przeważnie się udaje. Prawie zawsze muszę coś przełożyć, dostosować, odpuścić, ale koniec końców to co dla mnie największe znaczenie,  udaje się zrealizować. Trudno, żeby takie maleństwo dostosowywało się do mnie, gdy samo nie do końca jeszcze rozumie swoje potrzeby, ich genezę, a także proces przyczynowo-skutkowy jako ogólną ideę.
Wczoraj wieczorem ważne było dla nas zagranie w super planszowkę (Kroniki Zbrodni, polecam!), więc na część rozgrywki włączyliśmy Mychę. Jak było? Głośniej :) ale było rodzinnie, miło, fajnie, a gdy Ida miała dość, przerwaliśmy grę na godzinę żeby ją spokojnie uśpić i dopiero dokończyć. Można? Można. Czasami :)

Komentarze