Znów dwudziesty piąty -

Zęby nie odpuszczają, dlatego dobrze, że dziś wypadł nam w planie krótszy (pół godziny) trening. Ćwiczenia trochę odwracały uwagę od zębów, ale z drugiej strony, zamiast zjeść przed treningiem Mycha zjadła dopiero po. W efekcie, przez całe te pół godziny patrzyłam na Idę szukając oznaki głodu w mysich oczach. Znowu poziom braku koncentracji był bardzo wysoki. To właśnie minus tego mojego pomysłu żeby ją angażować w treningi - nie da się całkowicie poświęcić ćwiczeniom. Dodatkowo znowu zapomniałam o rozciąganiu - przypomniało mi się dopiero pod prysznicem. Okazało się jednak, że obserwowanie mamy przy rozciąganiu jest równie zabawne i ciekawe co podczas podskoków. 
Przez to wszystko uświadomiłam sobie, że Ida nie będzie znała świata bez ruchu. Oczywiście przy założeniu, że dalej będę będę miała czas żeby ćwiczyć. Naturalne jest to, że dziecko uczy się od rodziców jak mówić, chodzić, jak jeść stałe posiłki, a z czasem czytać i pisać. Jeśli śpiewamy dziecku, wie co to muzykalność, zna muzykę której my słuchamy. Więc w podobny sposób Ida będzie znała ruch, ćwiczenia, bieganie czy jazdę na rowerze.
Zdumiewa mnie to ponieważ ja w zasadzie tego nie znałam. Kiedy byłam mała, w mojej rodzinie nikt nie biegał, nie ćwiczył. Moja mama miała raz na jakiś czas małe zrywy, podczas których zaczynała skakać na skakance albo jeździć na rowerku stacjonarnym, ale niestety ze względu na brak odpowiedniej motywacji i też wsparcia ze strony rodziny, to gdzieś umknęło.  Na rowerze jeździły dzieciaki, nikt nie dojeżdżał nim do pracy, jak robi tata Idy.
Zastanawiam się jaki będzie miało wpływ na moją córkę, to że jej mama stara się być fit i ćwiczy. Czy będzie dla niej to tak oczywiste jak to, że rodzice mówią czasem po angielsku (póki co dwa razy w tygodniu wprowadzamy "dwujęzyczność"), że się przytulają, że ma babcie i dziadka? Czy kiedyś zderzy się z tym, że nie wszyscy ludzie ćwiczą w domach, czy może zostanie uznana za nieco "dziwną" przez rówieśników? Chociaż może być również tak, że podczas rozmowy z innymi dziećmi, zamiast odkryć, że jej mama skacze i ćwiczy i to jest wyjątkowe, okaże się że wcale nie. Że nie ja jedna taka na świecie i ten trend się wzmaga, a ja znam po prostu za mało mam. To byłoby całkiem miłe, spotkać taką mamę na żywo i dzielić z nią to podejście. 
Inne pytanie, czy Ida będzie chciała to ze mną dzielić? Czy będzie chciała ze mną biegać po parku lub chodzić na siłownię? Wiadomo, że trochę marzy mi się wspólne bieganie z nią w sportowym wózku, do którego można włożyć nieco starsze dziecko i zasuwać po parku. Nie orientowałam się dokładnie ile kosztuje taki gadżet, ale moja znajoma mówiła mi, że jest to raczej drogie. Dlatego wątpię, żebym przy swojej oszczędnej naturze się zdecydowała na ten konkretny większy wydatek - jednak nie biegam bardzo regularnie, nie jest to moja wielka pasja. Szkoda byłoby mi na to pieniędzy, chyba wole zainwestować w przyszłości w kolejne, większe nosidło.
Bieganie to jest raczej moment, podczas którego mogę być sama ze swoimi myślami. Mogę się w tych myślach zatopić, a fizycznie zmęczyć. Nie muszę wówczas skupiać się tak mocno na technice, jak podczas treningów w domu. Nie muszę przejmować się zbytnio otoczeniem - byle tylko na nikogo nie wpaść. Biegnąc słucham muzyki i rozmyślam, a wracam bardziej zadowolona i zmęczona niż po standardowym treningu.
Pisząc to uświadomiłam sobie, że mogłabym spokojnie biegać częściej, skoro daje mi to przestrzeń do myśli. Tylko, że teraz będąc mamą na pełen etat, mogę biegać tylko wieczorami, a jak już wspominałam, wówczas inne potrzeby idą na pierwszy plan. Jak dziś, gdy potrzebuje gdzieś wyjść., o czym za chwilę. N a razie mogę Idę włączać w mój ruch tak jak teraz - ćwicząc obok i zabierając na spacery podczas których mama nosi ją w nosidle. Może tak jak ja z czasem pokocha poczucie fizycznego zmęczenia i spokoju myśli.
Dziś muszę wyjść, po prostu. Prawdopodobnie będzie to jakiś spacer, albo krótka kawa z przyjaciółką, albo jedno i drugie. Na pewno nie na długo i na pewno chociaż częściowo w samotności. Czuję  po prostu dziś, że nie jestem w stanie wymyślić dla siebie i Dusi jakiś fajnych kreatywnych zabaw. Nie mam w sobie energii, żeby nam ciekawie zorganizować czas, żebyśmy po prostu równie mocno cieszyły się tym dniem. Musze naładować baterię, zebrać swoje zasoby, zregenerować się. Dziś nie jestem kreatywna, zabawna, bardziej po prostu robię swoje, zabawiam dziecko, ale bez serca. To ciekawe że mogę ją kochać i czuć jednak frustrację, żeby już tata Idy wrócił i mnie "zmienił", żebym mogła odpocząć od tego wspaniałego, ale wyczerpującego świata Idusi.
Jeśli czasem tak się czujecie, nie wstydźcie się tego. To po prostu bardzo jasny znak, że potrzebna jest chwila dla siebie żeby zatęsknić i docenić jak dużo szczęścia mamy. 

Komentarze